BOŻE NARODZENIE NA DEVIL'S ROAD

 

Idę wolno poboczem, stawiając uważnie stopy, jedna przed drugą, żeby się nie przewrócić. Trochę kręci mi się w głowie, ale nie na tyle, żebym nie mógł iść w miarę prosto. Wysoko nade mną wisi księżyc, wygląda jak biały balon. Podnoszę rękę, robię pistolet z palców i strzelam w jego kierunku. Następuję na jakąś gałązkę, która pęka z suchym trzaskiem. Zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby akurat tędy wracać do domu.

 

 

Devil’s Road. W rzeczywistości ta ulica nazywa się zupełnie inaczej, ale wszyscy od tak dawna mówią na nią Devil’s Road, że nikt już nie pamięta prawdziwej nazwy. Ktoś wbił nawet w ziemię na rozstajach drewnianą tabliczkę z napisem Devil’s Road, nasmarowanym białą farbą. No i dobrze. Kogo obchodzi, jak ta cholerna ulica się nazywa. Jest starsza niż moja babka i zapomniana jak zużyty bilet. Biegnie przez obrzeża miasteczka i kończy się głęboko w lesie, i wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że tak naprawdę nie istnieje ani że nie istnieje nikt z tych, którzy tam mieszkają. To trochę tak, jak gdyby mieszkać na końcu świata, gdzie w dodatku czas przestał płynąć.

 

Zatrzymuję się i wdycham nocne powietrze. W krtani i we wnętrzu płuc maszerują mi legiony drobnych, ostrych igiełek. Jest grudzień, w ciągu dnia wszystko jest szare i przygaszone, jak gdyby posypane grubą warstwą popiołu. W nocy wygląda to trochę lepiej, chociaż jest jeszcze bardziej głucho i pusto. Nie chcę wracać do domu. Nie ma do czego wracać. Miałem kiedyś żonę. Nie chcę rozmawiać o tym, co się z nią stało. Wciąż noszę obrączkę na palcu.

 

- Ta mała, chytra dziwka – mamrocze moja matka z papierosem zwisającym z ust. – Powinieneś był być mądrzejszy, Boyd.

 

Zawsze mam ochotę ją uderzyć, gdy mówi coś takiego, ale się powstrzymuję. W końcu to moja matka. Wysłuchuję więc w milczeniu niekończących się monologów, podczas gdy ojciec jak zwykle wszystko olewa i przysypia przed telewizorem, a moi durni bracia urządzają na zewnątrz konkurs strzelania do butelek, rzucania strzałkami w rozkładówki z porno magazynów lub czegoś równie głupiego. Moja rodzina. Czasem mam ochotę się otruć, żeby już nigdy więcej ich nie oglądać.

 

Potykam się i klnę. Balon unosi się nade mną, oświetlając na srebrno drogę, która sprawia wrażenie stromego górskiego zbocza, chociaż jest prosta. Nienawidzę świąt z ich pieprzonymi choinkami, światełkami i świątecznymi piosenkami. Zawsze, gdy nadchodzą, czuję się dużo bardziej samotny niż zwykle. Z ulgą witam nowy rok, a wraz z nim błogosławioną ciszę.

 

 

Teraz jednak też panuje cisza. Słyszę, jak dzwoni mi w uszach. W nielicznych oknach domów na Devil’s Road świeci się światło, jednak ogólnie jest pusto i głucho. I sam fakt, że gdzieś świeci się światło, jeszcze nic nie znaczy. Gdy wrócę do siebie, też zapalę światło i ten fakt zupełnie niczego nie zmieni.

 

Pieprzone Boże Narodzenie. Idę i myślę o tym, jak bardzo wszyscy jesteśmy daleko od Boga i jak bardzo idiotyczne by było, gdyby faktycznie ukrywał się w tych wszystkich kretyńskich świątecznych piosenkach i plastikowych ozdobach. Ale większość z nas w ogóle nie myśli o Bogu, a jeśli myśli, to w taki sposób, jakby miał pomóc im coś załatwić. Dla mnie osobiście Bóg mógł się znajdować gdziekolwiek, i tak nie zamierzałem go o nic prosić. Najbardziej pomocny był wtedy, gdy znajdowałem go na dnie butelki.

 

Wyjmuję papierosa z paczki i orientuję się, że to ostatni, jaki mi został. Cholera jasna. To nic. Pójdę do sklepu, jakiś jeszcze musi być czynny. Sklepy są świątyniami naszego zbawienia, ale zbawieni zostaną tylko ci, którzy mogą złożyć w nich ofiarę z gotówki lub karty kredytowej. Przetrząsam kieszenie i widzę, że jeszcze mogę sobie pozwolić na złożenie małej ofiary temu wiecznie głodnemu Bogu. Myśl o kupnie papierosów trochę mnie ożywia, zaczynam iść szybciej. Na ulicy nie ma żywej duszy i to mi odpowiada. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym kogoś spotkał – jednak bardziej istotna jest odpowiedź na pytanie, co zrobiłby ten ktoś. W dzisiejszych czasach nikogo nie można być pewnym.

 

Wokół rozciąga się niemal zupełna pustka. Mam wrażenie, że cisza przybrała materialną formę i jest tak, jakbym mógł jej dotknąć albo chociaż zanurzyć w niej dłoń, tak jak się zanurza we mgle albo drobnej mżawce. Dawno temu, jeszcze przed moimi narodzinami, kilka osób zaginęło na Devil’s Road. Wyszły z domu i nie wróciły, a ostatni raz widziano je właśnie w tej okolicy. Może ziemia karmi się tutaj czyimiś kośćmi, a może to tylko legenda. Legendy są kruche i pełne zwątpienia, a jednocześnie wytrwale podążają za nami przez całe lata. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby ta ulica rzeczywiście pożerała ludzi. Czy ktokolwiek sprzedał tu kiedyś duszę diabłu? Czy wszyscy nie uczyniliśmy tego w jakimś momencie?

 

Docieram do sklepu. Jest mały i niepozorny. Kwadrat żółtego światła z witryny kładzie się na czarnej drodze. Wchodzę, a wraz ze mną podmuch zimnego powietrza. W środku nie ma nikogo prócz właścicielki, Ellen, która siedzi za ladą i czyta gazetę. Nie pamiętam swojej drogi od drzwi do lady, ale w pewnym momencie okazuje się, że stoję z nią twarzą w twarz i to nie wiedzieć czemu sprawia, że czuję się bardzo głupio.

 

- Boyd – mówi. – Co tu robisz, chłopaku? Nie powinieneś świętować z rodziną?

 

Ellen jest ode mnie starsza o kilka lat. Twarda jak wyprawiona skóra. Odkłada gazetę na blat i patrzy na mnie, unosząc brwi, jak gdyby chciała mnie zbesztać za to, że poszedłem na wagary. W tle cicho pobrzękuje telewizor, jakiś talent show. Na szczęście nie kolędy, chyba bym nie wytrzymał.

 

- Już poświętowałem – mówię. – Mam ochotę się zabić.

- Ho, ho.

 

Zaczynam wędrować po sklepie, patrząc na półki. Nie jestem głodny, ale przydałoby się coś na jutro. Biorę puszkę parówek, sos pomidorowy, chleb i podchodzę z tym do lady. Ellen nie rusza się, spogląda na mnie wyczekująco i wtedy zauważam, że na blacie coś leży. Paczka papierosów, przewiązana czerwono-zieloną wstążeczką.

 

- Wesołych świąt – mówi Ellen, a mnie coś chwyta za gardło i nie chce puścić.

 

Patrzę na nią. Właściwie nie znam jej zbyt dobrze. Wiem, że mnóstwo ludzi, nawet facetów, boi się jej podskoczyć. Prowadzi ten sklepik sama od wielu lat. Ma nastoletnią córkę, która dawno temu uciekła z jakimś gościem nie wiadomo dokąd i od tamtej pory nie dała znaku życia. Przypuszczam, że Ellen wciąż czeka i z tego czekania uczyniła sobie bóstwo. Wiem też, że jest wdową i jest sama. Jej mąż wpadł do pijaku do jeziora i się utopił, a przynajmniej taka jest oficjalna wersja, którą Ellen sprzedała glinom. Ludzie z miasteczka jednak jak zwykle wiedzą lepiej. Chodzą słuchy, że przyłapała go na dobieraniu się do własnej córki i dopomogła mu trochę w przedostaniu się na tamten świat. Jeśli to prawda, to nawet mi skurwysyna nie żal.

 

- Nie znasz mnie – mówię, jak gdyby to dowodziło czegokolwiek. Zastanawiam się nad jakąś przyczyną tego jej gestu, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Płacę za zakupy i rozważam dokupienie jeszcze porządnej butelki whisky, żeby urwał mi się film i żebym mógł chociaż na jeden wieczór zapomnieć o swoim życiu, swojej rodzinie i wszystkim innym.

 

- Wyglądasz, jakbyś tego potrzebował – mówi ona, a jej współczucie jest proste jak uścisk dłoni, pozbawione sentymentalizmu i poczucia wyższości. Patrzymy na siebie.

 

- Rodzina cię wykończyła, co? – pyta. Kiwam głową. Mam zamiar wziąć whisky, zapłacić i się pożegnać, ale niespodziewanie zamiast prośby o alkohol czy słów pożegnania wyrzucam z siebie:

- Jestem kurewsko samotny.

 

Ellen kiwa głową, jak gdyby tego właśnie oczekiwała. Czuję, jak płonie mi twarz, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Nie mam pojęcia, dlaczego powiedziałem coś takiego, ani dlaczego jej to kompletnie nie zdziwiło.

 

- Boyd – mówi – wierz mi, ja nie znam nikogo, kto nie byłby kurewsko samotny.

 

- Naprawdę? – pytam głupio, a w sercu kiełkuje mi jakaś idiotyczna nadzieja nie wiadomo na co.

 

- Każdy, kto przychodzi do tego sklepu, ma to wypisane na twarzy. Kto nie przychodzi, też ma. Tak już po prostu jest – Ellen zaciąga się papierosem. W kącikach oczu i wokół ust ma zmarszczki, ale nawet jej to pasuje. Przyklejam się wzrokiem do tych ust, czekam, aż powie coś jeszcze. Nigdy nie myślałem o niej w sposób, w jaki mężczyzna myśli o kobiecie, ale dzisiaj nie ma to znaczenia.

 

Nie jest żadną niespodzianką, że w końcu lądujemy u niej, w pokoju nad sklepem. Na parapecie stoi malutka choinka, wokół gdzieniegdzie rozwieszone są lampki i to tyle, jeśli chodzi o dekoracje świąteczne. Żadne z nas nie zawraca sobie głowy budowaniem nastroju ani nawet dojściem do łóżka. Zostajemy na podłodze i pieprzymy się do utraty tchu, i okazuje się, że właśnie to było nam obojgu najbardziej potrzebne. Zasypiamy w swoich objęciach, a gdy budzę się następnego dnia rano, myślę, że to najpiękniejszy bożonarodzeniowy poranek, jaki mógł mnie spotkać, i że nie ma żadnej różnicy pomiędzy obudzeniem się tutaj i teraz, a pójściem skądś bezpośrednio do nieba.

 

***

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

POWRÓT