No więc Bóg mi świadkiem, że takich rzeczy się nie mówi, ale jednak musi to być jasne, jasno powiedziane, że młody Dwight Jones oszalał. Tak, ten, syn starego Sama Jonesa, co kopnął w kalendarz zeszłego roku na wiosnę. Wyobrażacie sobie, odwilż nadchodzi, słońce przygrzewa, wokół powoli robi się zielono, a stary Jones właśnie wtedy postanowił wykitować, jak Boga kocham. Leży i gryzie ziemię, a młody Jones odchodzi od zmysłów. Nie spodziewał się, że stary tak nagle postanowi zejść z tego padołu, niech mu tenże lekkim będzie. Co prawda nikt z nas się nie spodziewał, ale ojciec to ojciec, wiadomo. Z tym że nie od początku było jasne, że młodemu klepki się poprzestawiały. Na pogrzebie zachowywał się całkiem normalnie, o ile można tak powiedzieć. Stał z czapką w rękach, policzki czerwone od wiatru, i nie odrywał oczu od trumny. Jak ją wpuszczali w grób, to wyglądał, jak gdyby chciał tam za nią wskoczyć, ale tylko ziemi sypnął. I to na tyle, poszedł stamtąd, nie wymówiwszy słowa do nikogo. To jednak było powszechnie zrozumiałe, nikt nie byłby specjalnie rozmowny po tym, jak właśnie pogrzebał własnego ojca. Wieczorem zebraliśmy się wszyscy w knajpie wypić za starego Jonesa, i młody Dwight też tam był. Całą noc snuliśmy wspominki, no i jakoś tak wkrótce po tym sprawy zaczęły się znowu toczyć zwykłym torem.

    Jednak wkrótce zaczęły chodzić plotki, a każdy wie, że nie ma bardziej złośliwego i zaraźliwego cholerstwa niż plotka. Ludzie są w stanie samą jedynie siłą myśli każde paskudztwo powołać do życia, jak się uprą. No to powołali, jak mi Bóg miły, a przecież ani stary Sam, ani Dwight nic nikomu nigdy nie uczynili złego. Jakieś tam swoje drobne dziwactwa, każdy ma do nich prawo w spokoju. I po co to gadać? Ale ludzie to ludzie, jak komu źle we własnym życiu, to się uprze, żeby żyć cudzym, i nie przemówisz takiemu do rozumu, bo go nie ma.

    Lasy wokół Deerwood są gęste i nieprzebrane, miejscami jakby ich siekiera ludzka nigdy w życiu nie tknęła. Są tacy, co twierdzą, że to sam las się broni przed rzezią, i nie jest ich wcale mało. Fakt faktem, że są takie połacie, gdzie jakakolwiek próba wyrębu zawsze źle się kończyła. Grube gałęzie spadały albo nawet ponoć i całe drzewa i miażdżyły każdego, kto zamierzył się na nie ostrzem. Dwa, trzy takie wypadki na jeden wyrąb, to się jeszcze normalnie zdarzało. Ale ludzie padali jak muchy przy tych wyrębach, a ci, którzy ostali się przy życiu, uciekali stamtąd, pozostawiwszy wszystkie graty, siekiery, osprzęt, samochody, a nawet i rzeczy osobiste i nigdy już nie wracali. Powiadali, byli i tacy, co chcieli tam osiedla stawiać, domy i magazyny i Bóg jeden wie, co jeszcze. Bogacze w garniturach, z wielkiego miasta. Miejscowi ich wyśmiali, ale tamci chcieli postawić na swoim i przysłali ekipę budowlaną, a wraz z nią maszyny – koparki, betoniarki, ciężarówki na wywóz drewna. No i się zaczęło. Nie minął tydzień, a jednemu z ekipy ucięło głowę, jak się potknął i poleciał prosto na ostrze. Jak w jednym z tych filmów, gdzie morderca gania z siekierą i krew sika wszędzie. Inny wpadł pod ciężarówkę, która rycząc nadleciała dosłownie znikąd, akurat jak przechodził przez drogę, i było już po nim. Innego przygniotło padające drzewo. I tak było cały czas. Reszcie ekipy puściły nerwy, zabrali klamoty i uciekli, zostawiając robotę rozgrzebaną. Właściciele budowy nie dawali za wygraną. Powiedzieli, że nie mają zamiaru się dać jakimś zabobonom i wynajęli kolejną ekipę, której zapłacili trzy razy tyle. Tym razem nie minęło nawet pół tygodnia, jak znowu pojawiły się trupy, i ta druga ekipa też uciekła. Ludziska zaczęli gadać, że miejsce jest nawiedzone, i już nikt nie chciał przyjść tam pracować. Właściciele budowy musieli ją zwinąć. Zabrali swoje maszyny i co jeszcze mieli do zabrania, i odjechali w siną dal. Nawet się za nimi nie zakurzyło, tylko wrony zakrakały raz czy dwa z pogardą, no i tak się skończyły próby wyrębu i budowania czegokolwiek w tych lasach.

    Te lasy pewnie niejedno by miały do opowiedzenia, ale mówią tylko do tych, co chcą słuchać. Sam Jones ponoć był jednym z tych, co chcieli, i wygląda, że młody Dwight wziął po nim. Miejsca też potrafią uznać ludzi za swoich, choć nieczęsto się to zdarza. To wielki honor. Jak raz cię takie miejsce otoczy opieką, to już nie porzuci w potrzebie. Taki człowiek urodzony jest pod szczęśliwą gwiazdą, bo ogólnie w życiu to ziemie, wody, lasy i góry obojętne są zarówno na ludzkie cierpienie, jak i wyrządzane zło. Jednak w Deerwood jest inaczej. Cokolwiek się kryje w tych lasach, wyrządza sprawiedliwość wedle własnej, niezrozumiałej dla ludzi woli i biada każdemu, kto to zlekceważy.

    Cóż to ma wspólnego z młodym Dwightem Jonesem i tym, że oszalał, spytacie. Ano, może jednak nie oszalał, może tak tylko ludzie w mieście gadają. Oni muszą mieć jakieś wyjaśnienie, inaczej będzie ich to gryzło po nocach, gryzło, aż w końcu zagryzie. Deerwood lubi mieć swoje tajemnice, ale za dużo tajemnic też nie zawsze jest dobre. 

    W każdym razie Dwighta zaczęto widywać, jak się potajemnie wymykał nocami do lasu. Raz czy dwa, nic w tym nie było dziwnego, każdy czasem potrzebuje zebrać myśli, a las jest dobry do tego. Ale potem stary Rayburn, co się opiekuje cmentarzem, znalazł grób Sama Jonesa rozkopany do szczętu. Wtedy już to się stało podejrzane, jak te dwa fakty połączyły się ze sobą, bo Dwight przyparty do muru w ogóle nie chciał o tym gadać, ani o grobie ojca, ani o wyprawach do lasu. Nikomu się to nie podobało, ale nikt mu nie mógł niczego zrobić ani niczego udowodnić, bo nikt nie widział, żeby to on rozkopywał grób ojca, a wyprawy do lasu to przecież nie przestępstwo.

    Mając to wszystko na uwadze, mogliśmy zostawić młodego Jonesa w spokoju, ale jeżeli istnieje jedna rzecz, której człowiek na pewno nie potrafi zrobić bliźniemu, to zostawić go w spokoju. Kilku z nas zebrało się w tej samej knajpie, gdzie żeśmy wtedy pili zdrowie starego Jonesa, i postanowiło, że jeden z nas będzie go śledził. Widzicie, koniecznie musieliśmy się dowiedzieć, po co on łazi nocami do tego lasu, a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. Tak teraz myślę, że lepiej nam było tego nie wiedzieć, i pewnie nie ja jeden.

    Jak już uradziliśmy, że jeden z nas pójdzie za Dwightem do tego lasu, trzeba było ustalić jeszcze który, a że żaden nie chciał się zgłosić pierwszy, to pociągnęliśmy losy. Wypadło na Willa Smithersa, który od razu skwaśniał na twarzy, ale wiedział równie dobrze jak my wszyscy, że jak trzeba, to trzeba. Ale też chyba był trochę ciekawy, co też ten młody Jones wyczynia nocą po lasach. No więc wziął i poszedł, obiecawszy przedtem, że będzie się krył i dopilnuje, żeby Dwight go wcale nie zobaczył. Jak się potem okazało, niespecjalnie mu to poszło. To było niemożliwe zadanie, ale żaden z nas nie zdawał sobie z tego sprawy, a już najmniej Will Smithers. Miał tylko nadzieję, że noc będzie księżycowa, bo w noce takie jak tamta księżyc jest najlepszym przyjacielem, tak nam później mówił.

    Długo musiał obserwować dom Jonesów. Było kilka fałszywych alarmów, jak wtedy, gdy Dwight pojechał na stację po papierosy, a Will musiał tak się kryć, tak manewrować, żeby go tamten nie zauważył. A nawet jakby zauważył, to co z tego, mógł udawać, że to był przypadek. Ale jakby Dwight go przyłapał kilka razy z rzędu, a już broń Boże w lesie, to na pewno już by się domyślił, że to żaden przypadek, i kto wie, jak by wtedy zareagował. Ale w końcu, i to była chyba czwarta noc obserwowania z rzędu, Dwight Jones wziął swoją półciężarówkę i pojechał do lasu, a Will za nim, ze zgaszonymi światłami, żeby go tamten nie zauważył. Jakby dostał mandat, tobyśmy się na niego złożyli, ale i tak by nie dostał, bo policjant, Stan Cartway, był wśród nas i też był ciekawy, co młody Jones tam wyczynia. Może by się znalazła okazja, by go aresztować, jeśliby to było coś nielegalnego. Na moje oko, trochę podszedł do sprawy od niewłaściwej strony, ale niech już mu będzie, każdy z nas kiedyś zrobił w życiu coś, czego nie powinien, a niektórzy i po dwa razy.

    No więc noc była księżycowa, a Will Smithers podążał za młodym Jonesem, w ostatecznych momentach używając latarki, jako że śmiertelnie się bał, że się zagubi i pozostanie w tych lasach na zawsze. A jak już nie raz wspomniałem, lasy w Deerwood nie są przyjazne dla nikogo, ani miejscowych, ani przybyszów. Jakoś jednak przetrwał tę piekielną drogę prosto w serce ciemności i zobaczył, jak Dwight wychodzi na małą polanę, pośrodku której znajdowało się coś jakby kopczyk. Nie było dokładnie widać, bo Dwight przy nim klęknął i go zasłonił, i Will już myślał, że nic z tego nie będzie. Ale czekał cierpliwie, przyklejony do drzewa jak jakiś grzyb, huba albo coś innego, a ciarki łaziły mu po plecach jak stado nerwowych mrówek.

    Ten, którego obserwował, nieruchomo klęczał dłuższą chwilę, aż w końcu rozległy się cichutkie trzaski, jak gdyby coś pękało, i małe pomarańczowe płomyki zatańczyły w tej gęstej matowej ciemności. Młody Jones się podniósł i odszedł ze dwa kroki, a wtedy w blasku ognia Will zobaczył to coś, co znajdowało się na polanie, a czego do tej pory nie było widać, i jak to zobaczył, to mu wszystkie włosy stanęły dęba. Bo to, co początkowo wziął za stos kamieni albo gałązek, to były najprawdziwsze ludzkie kości, bielejące tam pośrodku polany i ułożone w coś na kształt ołtarza. Will przysięgał, że tak właśnie było, kości przystrojone jakimiś błyskotkami, zawieszonymi krzyżykami, chociaż nie wiem, którędy on to dojrzał, skoro krył się daleko od polany za drzewami i krzakami, żeby go nie było widać, ale ponoć naokoło leżały kwiaty i jakieś jeszcze inne rzeczy, a młody Jones się rozbierał. Tak, tak właśnie: rozbierał się, jak mi Bóg miły. Od pasa w górę. A gdy już się rozebrał, wziął garść ziemi i zaczął ją wcierać w czoło, policzki i klatkę piersiową, jak jakiś dziki. Bóg jeden wie, po co to robił, ale tego to już Will nie zniósł, na dokładkę do wszystkiego innego, i zdradził się wbrew woli ze swoją obecnością.

    Mówił nam później, że wydał z siebie tylko cichutki dźwięk, coś jakby piśnięcie, a może zresztą się zachłysnął, a Jones i tak go usłyszał. Ja tam nie wiem, pewnie nie chciał przed nami wyjść na tchórza, ale nie zdziwiłbym się, gdyby tak naprawdę zaczął wtedy wrzeszczeć. Niejeden pewnie by zaczął, albo może nawet zlał się w spodnie, widząc coś takiego. No i Dwight Jones podszedł do niego, kryjącego się tam w krzakach, wyciągnął go stamtąd za chabety, spojrzał na niego groźnie i powiedział jedno słowo: idź.

    Nie wiedział, jak odnalazł drogę powrotną i ile to trwało, ale gdy w końcu pojawił się w knajpie, był bladozielony na twarzy i chwiał się na nogach. W takich razach zwykło się mówić, że ktoś zobaczył ducha, ale czyż Will nie ujrzał wtedy czegoś znacznie gorszego? A i tak nie było to pewne, czy jeszcze przed nami czegoś nie zataił, bo mogło się stać cokolwiek, wszystko mogło się zdarzyć w tych lasach, a gdyby zdecydował się o czymś nam nie powiedzieć, co miało tam miejsce, to przecież nigdy byśmy się nie dowiedzieli, i kto wie, czy tak nie byłoby najlepiej. Ale i tak wystarczające było już to, co żeśmy usłyszeli do tej pory. Gęsia skórka jeszcze długo mnie po tym nie opuściła, i nie mnie jednego, a sam Will po tym wszystkim ciężko zachorzał. Tygodniami leżał w łóżku, rzucał się i bredził coś w gorączce, a jego ojciec nas przeklinał i życzył, byśmy wszyscy poszli do piekła za to, że wysłaliśmy jego syna gdzieś w głąb lasów Deerwood, by był świadkiem diabli wiedzą czego.

      I tak też się stało, że chcieliśmy młodego Jonesa mimo wszystko przycisnąć, dowiedzieć się, co on tam właściwie robił i dlaczego doprowadził Willa Smithersa do takiego stanu, że ten aż się rozchorował i nie wiadomo było, czy kiedykolwiek jeszcze wróci do siebie. Ta ciekawość nadal żarła nas od środka i wiedzieliśmy, że żreć nie przestanie, bo cała sytuacja była tak nietypowa i też baliśmy się trudno powiedzieć właściwie czego, ale tak właśnie było, że prócz ciekawości żarł nas także strach. Któregoś dnia kilku z nas wybrało się więc z wielkim wahaniem do domu Jonesów, a przedtem nie żałowaliśmy sobie odwagi w płynie, żeby w ogóle pomyśleć o pójściu tam. Dzwoniliśmy, pukaliśmy, ale nie odpowiedziało nam nic prócz głuchej ciszy. Młody Jones zniknął bez śladu, a gdy obeszliśmy dom, zaglądając do środka, i podwórze, i nawet stodołę i szopę, to zobaczyliśmy, że oba samochody też zniknęły.

        Musieliśmy więc przyjąć, że młody Jones opuścił Deerwood i zabrał ze sobą samochód swojego ojca, a może i coś jeszcze, skoro stary Rayburn mówił, że grób pozostał rozkopany, i nawet nas tam zaprowadził, żeby pokazać. Nic nie mogliśmy z tego wszystkiego zrozumieć, a skoro tak, to najlepiej było o tym nie myśleć, no i tak już zostało. Od czasu do czasu działy się różne rzeczy, na przykład spalił się dom i stodoła Bucka McGee, który kiedyś oszukał starego Sama Jonesa przy sprzedaży ziemi, ale może to był przypadek. Chociaż jak Benjamin Thorne, który też kiedyś miał zatargi z Jonesami, niedługo po tym spadł z drabiny i połamał obie nogi, to już mniej byliśmy skłonni twierdzić, że to przypadek, ale kto wie.

      Nikt już nigdy nie odnalazł tej polany ani tamtego ogniska, ani kości, co ponoć tam Dwight Jones nad nimi tańczył, a dom Jonesów zmurszał i zniweczał. Tylko lasy Deerwood szumią nadal nieprzyjaźnie, i lepiej się tam nie zapuszczać. Tak to właśnie jest, mój przyjacielu. Pewnych rzeczy na tym świecie lepiej jest nie wiedzieć.

              

 

 

 

 

 

 

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ

DEERWOOD