JULIA

 

Najwspanialszą kobietę w mym życiu spotkałem w Teksasie, gdy jakimś dziwnym zrządzeniem losu złapałem gumę tuż przy autostradzie i musiałem piechotą drałować do najbliższego miasta, co na szczęście zabrało mi tylko godzinę. Czasem zepsuty samochód to przeznaczenie, prawdziwy znak z niebios. Ale wtedy tak nie uważałem, niech Bóg broni, by taka rzecz miała być przeznaczeniem. Zatrzymałem się, żeby się odlać, a gdy wsiadłem z powrotem do samochodu, pomyślałem, że jak dotąd wszystko idzie gładko. I wcale nie powinienem był tak pomyśleć. Zdołałem przejechać tylko kawałek, gdy usłyszałem huk, jak gdyby wystrzał. Samochodem zarzuciło. Nawet przepływające po niebie chmury się ze mnie śmiały, a piasek miał złośliwy wyraz. Chciałem, żeby wszystko dookoła trafił szlag.

 Gdy się tak brnie w upale, człowiek nie ma poczucia czasu. Wszystko jest jedną wielką, rozpaloną do białości drogą. Myśli są jak spłoszone ptaki, uciekają, zanim zdążą dojść do końca. Nie liczyłem na to, że cokolwiek jeszcze pójdzie jak trzeba.

 Dotarłem do miasta. Byłem zlany potem od stóp do głów, słone krople ściekały mi z czoła i zatrzymywały się na brwiach. Pot ściekał mi też po plecach i wpadał tam, gdzie nie powinien. Straciłem sporo ze zwyczajowej godności człowieka, który uważa, że samochód to przepustka do wolności.

 Stała za ladą w sklepie, który sprzedawał wszystko. Potrzebowałem lewarka, klucza do kół i jeszcze kilku innych rzeczy, które powinienem był mieć w samochodzie, ale nie miałem. Powiedziałem jej o tym, a ona nie zmieniła wyrazu twarzy. Patrzyła na mnie, jakby nie wierzyła, że zepsuł mi się samochód i zastanawiała się, co tak naprawdę tu robię. Po chwili odrzekła:

- Proszę zobaczyć na półkach w trzecim rzędzie. 

 Nosiła flanelową koszulę w niebieską kratę i miała ciemne blond włosy z brązowymi pasemkami, zaplecione w warkocz. Była wyższa ode mnie. Skórę miała jak gdyby wysuszoną na słońcu. Jej twarz była surowa i nieprzyjazna i właśnie to było piękne. Nie musiałem pytać, żeby wiedzieć, że potrafi celnie strzelać i pije piwo prosto z butelki. W sklepie było gorąco i duszno, a ja przeżywałem objawienie. Spytałem:

- Gdzie tu można coś zjeść?

- Pewnie w Jim’s Double Oak – jej głos dochodził jakby z wnętrza blaszanego naczynia.

- Jak Jim Beam Double Oak?

 Zastanawiała się przed chwilę, a potem odrzekła powoli:

- Tak, chyba tak.

- Zje pani ze mną? – spytałem, nie mając nadziei, że się zgodzi. Jej oczy były wrogie. Później nie mogłem przypomnieć sobie ich koloru, zapamiętałem tylko tę wrogość.

- Pracuję – powiedziała. 

- Kiedy pani kończy?

- Za trzy godziny – powiedziała, a wrogość wciąż była w jej oczach, ale nie w jej głosie. 

- Będę tam na panią czekał. Za trzy godziny.

 Milczała. Zabrałem lewarek, klucz i pozostałe narzędzia. Zauważyłem, że nie ma obrączki na palcu. Rękawy koszuli miała podwinięte powyżej łokcia. Nad nadgarstkiem biegła dziesięciocentymetrowa blizna. Takie coś mogło powstać po głębokim rozcięciu skóry czymś ostrym, na przykład kawałkiem szkła. Zastanawiałem się, czy zrobiła to sobie sama, czy ktoś jej to zrobił. Pod sufitem brzęczały muchy. Chłonąłem tę chwilę całym sobą, choć przecież tak naprawdę nic się nie działo.

 Powałęsałem się trochę po mieście, a potem przespałem dwie godziny na ławce. Ludzie obojętnie snuli się po ulicach. Skręcało mnie z głodu i czułem się jak kretyn, ale wciąż miałem nadzieję, że przyjdzie.

 Przyszła, w tym samym ubraniu, które miała na sobie w sklepie. Widać uznała, że nie warto się przebierać dla jakiegoś nieznajomego. Też bym tak uznał. Usiadła w boksie pod ścianą naprzeciwko mnie, jej twarz pozostała dumna i surowa, ale w oczach nie było już wrogości.

- Strasznie nudno jest w tym cholernym mieście – powiedziała, a ja zrozumiałem, że to dlatego przyszła i wcale nie poczułem się urażony. Zamówiliśmy piwo, które piliśmy prosto z butelek, i pieczonego kurczaka. 

 Miała na imię Julia i opowiedziała mi swoją historię. Brzmiało to tak, jak gdyby od dawna nikomu jej nie opowiadała. Kiedyś miała męża i dom z błękitnymi zasłonami w oknach. Jej mąż prowadził firmę ubezpieczeniową i wszystko było normalnie aż do dnia, w którym się powiesił. Weszła do garażu i tam go znalazła. Miał na sobie garnitur i eleganckie półbuty, w których rano wyszedł do pracy.

- Jego firma zbankrutowała i nic mi nie powiedział – jej palce zaciskały się na butelce z piwem. – Gdyby się nie powiesił, drań jeden, sama bym go zabiła.

 Dowiedziała się o tym dopiero wtedy, gdy przyszło pismo z banku. Zabrali jej dom i musiała zamieszkać u matki, która wyglądała znacznie starzej niż powinna, paliła jak komin i o wszystko miała pretensje.

- Na starość będę taka jak ona. Moje życie to kompletne dno – powiedziała, a jej twarz jaśniała. Byłem zakochany i wiedziałem o tym. Jedliśmy, a w radiu leciały stare piosenki country. Zamówiliśmy ciasto czekoladowe.

 Chciała dowiedzieć się czegoś o mnie. Powiedziałem jej, że z zawodu jestem akwizytorem i desperatem, a moim hobby jest branie narkotyków w oczekiwaniu na koniec świata. Sam nie wiem, dlaczego to powiedziałem, bo nie powinno się mówić takich rzeczy kobiecie, w której właśnie zaczynasz się zakochiwać i próbujesz zrobić na niej dobre wrażenie. Ale jej to wcale nie oburzyło. Odchyliła się do tyłu i wybuchnęła śmiechem, a ja marzyłem, żeby dotknąć wnętrza jej ud i poczuć wilgoć pod palcami.

- Powinieneś robić coś lepszego niż obwoźna sprzedaż – powiedziała. – Wkrótce zaczniesz pogardzać samym sobą, a to się dobrze nie skończy.

- Już gardzę samym sobą. – Jej oczy wypełnione światłem.

 Mógłbym zostać na zawsze w tym małym, brzydkim mieście, kupić dom i powiesić w oknach błękitne zasłony. Jednak tego nie zrobiłem, bo czekały na mnie żona i dzieci i od dawna już powinienem być z powrotem w drodze. Wracałem uświęcony tym jednym popołudniem, ze światłem i rozkoszą wzbierającymi w piersi, wiedząc, że nigdy o niej nie zapomnę. W bagażniku grzechotał lewarek, klucz do kół i jeszcze kilka innych rzeczy, które teraz nosiły jej imię.

 Dziesięć lat później rozwiodłem się z żoną i przyszło mi do głowy, żeby tu wrócić i odnaleźć Julię. Nie chciałem jednak, żeby rzeczywistość popsuła mi tak piękne wspomnienie, nie chciałem, żeby światło i godność i błękitne zasłony zmieniły się w gorycz i faceta wiszącego w garażu. Wiedziałem, że i tak zawsze będę ją kochał i że pozostanie miłością mojego życia, nawet jeśli znałem ją tylko przez kilka godzin.

 

     

 

 

 

POWRÓT