- Theo. Theo.

Ktoś pstrykał mu palcami przed twarzą. Jezu Chryste. Najbardziej wkurzająca rzecz na świecie. Dlaczego ludzie to robią? Dlaczego uważają, że mają prawo robić takie wkurzające rzeczy? Uśmiechnął się przepraszająco i zapewne wyglądał z tym uśmiechem jak kretyn, ale nie było sensu tłumaczyć, że wolałby, żeby pozostawiono go samego z jego myślami. Ludzie i tak nigdy nie słuchali, zazwyczaj przerywali mu jeszcze w połowie zdania i zaczynali opowiadać o sobie albo dokądś go ciągnęli i chcieli, żeby coś robił, a najczęściej domagali się, żeby coś z nimi wypił albo zapalił, albo wciągnął. Tak jakby nie mogli zrobić tego sami, jak gdyby jego towarzystwo było im do czegokolwiek potrzebne. Jezu Chryste.

Theo potrząsnął głową. Nie cierpiał, gdy wybijano go z rytmu. Rozmyślał akurat o Tupelo, o tym, jak wiele lat temu jego ojciec ze swoim bratem zabrali go tam na wycieczkę, ot tak, po prostu, miał może piętnaście lat i był to jeden z najlepszych weekendów, jakie pamiętał, muzyka na żywo w Blue Canoe, opowieści o wojnie secesyjnej i zwiedzanie muzeum starych samochodów nieopodal Mississippi River. Nie miał pojęcia, dlaczego akurat teraz mu się to przypomniało, nie było ku temu żadnych powodów, ale jego umysł często robił coś takiego – działał normalnie, pracował sobie cicho w tle i nagle skręcał w jakimś zupełnie nieprzewidzianym kierunku, budował dziwne skojarzenia albo zatrzymywał się w jednym miejscu i za nic nie chciał ruszyć naprzód. Jak jakiś cholerny narowisty koń.

Tupelo było daleko, a tamta wycieczka zdarzyła się dawno. Nie było powodu, by teraz o tym myśleć.

- Theo? Wróciłeś z kosmosu? To dobrze. Słuchaj, w przyszłą niedzielę jedziemy do Baton Rouge, zabierasz się z nami?

- Po co?

- Po co? Po to, że nas tam nigdy nie było. Jedziesz czy nie?

Theo zastanawiał się, kim właściwie jest ten gość i skąd zna jego imię. Ktoś mu o nim powiedział? Przypominał go sobie jak przez mgłę. Nazywał się Dennis Jakiśtam. Nie da się mieć na imię Dennis i nie być kompletnym dupkiem. Po cholerę miałbym z nim jechać do Baton Rouge czy w ogóle dokądkolwiek, pomyślał, kiwając głową, żeby tamten się odczepił. Dennis Jakiśtam uśmiechnął się szeroko i wskazał do połowy opróżnioną butelkę Ketel One na stole nieopodal. Theo udał, że tego nie widzi i wymknął się do kuchni po kolejne piwo. Gdy wrócił, Dennis Jakiśtam nie zwracał już na niego uwagi, pochłonięty kłótnią ze swoją dziewczyną.

- Nie rób tego, nie rób tego – błagała.

Theo doszedł do wniosku, że nie chce o niczym wiedzieć i resztę wieczoru spędził, chowając się po kątach ze swoim piwem. Ledwo znał kolesia, który zaprosił go na tę imprezę i trochę żałował, że tu przyszedł. Wszyscy suszyli mu głowę, żeby przestał być taki dziki i wyszedł czasem do ludzi, ale gdy wychodził, zawsze kończyło się tak samo. Trzeba było zostać w domu.

Wreszcie doszedł do wniosku, że ma dość i wyszedł bez pożegnania, co sprawiło mu niesamowitą ulgę, jak chłodny okład na czoło. Niebo przechodziło z płaskiego, szarawego błękitu w granat. Wszędzie zapalały się latarnie. Rzeczywistość była powolna i wielowarstwowa, prześwietlona bladym, bzyczącym światłem. Liście poruszały się w koronach drzew, nieśmiałe i niezdecydowane. Niczego innego nie dało się powiedzieć o tej okolicy, która była zupełnie bez wyrazu.

Przy bocznej drodze stał budyneczek. Miał odrapane drzwi z jednym stopniem i okno, które w całości wypełniał różowo-fioletowy neon przedstawiający dłoń i napis MEDIUM. Na szybie ktoś ponaklejał od wewnątrz karty do tarota. Theo zastanawiał się, czemu nigdy przedtem nie zauważył tego miejsca. Dałby sobie rękę uciąć, że wcześniej go tutaj nie było.

Bijąca od okna poświata zabarwiała chodnik na intensywny róż. Theo zrobił dwa kroki w kierunku drzwi. Światło ogarnęło jego buty i nogawki spodni. Wstąpił na stopień niczym na ołtarz.

Wewnątrz było tyle roślin, że przez chwilę nie widział nic prócz ściany zieleni. Powietrze było wilgotne, unosił się w nim zapach kadzideł i eterycznych olejków. Miejsce było ciasne, tak ciasne, że mógł zrobić zaledwie dwa, trzy kroki w którąkolwiek stronę.

Zza zasłony kadzidlanego dymu dobiegł głos:

- Chce pan usiąść?

Mały, okrągły stolik pośrodku pomieszczenia przykryty był koronkowym obrusem. Stało na nim kilka świec i talia kart do tarota. Poza tym nic, żadnej szklanej kuli. Za stolikiem siedziała chuda kobieta o wystających kościach policzkowych, ubrana w szary sweter o warkoczowym splocie. Rzuciła mu profesjonalny uśmiech.

- Nie jest pani tutaj gorąco w tym swetrze? – spytał Theo. Miał do niej mnóstwo pytań, ale w tej samej chwili wszystkie wyleciały mu z głowy i zostało tylko to jedno.

- Nie – odparła. – Proszę usiąść.

Miała smukłe, delikatne palce. Obracała w nich karty do tarota jak kruche, szklane przedmioty, narażone na nieuchronną katastrofę. Szarozielone oczy wydawały się świecić od wewnątrz.

- Jak się pani nazywa?

- Tiffany. – Kłamie, pomyślał. To nie jest jej prawdziwe imię. Brzmiało w sam raz na zawodowy pseudonim. – A pan?

- Theo.

- Dobrze. Niech się pan zrelaksuje. – Natychmiast się zestresował. – Proszę mi podać swoją datę urodzenia.

Podał. Miał wrażenie, że zaraz się udusi od kadzidlanego dymu i tych cholernych olejków, ale z jakiegoś powodu nie chciał wychodzić. Mimo przytłaczającego aromatu i tego, że pomieszczenie przypominało oranżerię, odczuł nagły chłód, a z ust popłynął mu obłoczek pary. Zobaczył to wyraźnie, mimo, że zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to przecież niemożliwe.

Tiffany rozkładała swoje karty, uważnie mu się przypatrując.

- Hmmm – powiedziała. – Interesujące.

- Co jest interesujące?

- Przeszłość pana dogania. Jest tuż za panem.

Odruchowo i zupełnie głupio zerknął w stronę drzwi. Zawodowy uśmiech Tiffany poszerzył się, pojawił się w nim protekcjonalny odcień. Odwróciła kolejne karty i uśmiech nagle zniknął, zamiast niego pojawiły się zaniepokojenie i troska.

- W pana życiu nastąpi wielka zmiana – w jej głosie brzmiała niepewność.

- Na lepsze czy na gorsze?

- Tego karty nie pokazują – powiedziała nienaturalne wysokim głosem, a Theo pomyślał, że to bardzo wygodne. – Tylko czas pokaże.

- O co chodzi z tą przeszłością? – To jakiś absurd, ale było mu coraz zimniej.

- Cały czas pan w niej żyje. Nigdy pan z niej nie wyszedł.

- Ach.

Kadzidło znowu wpełzło mu do nosa, rozgościło się tam jak u siebie. Kobieta kontynuowała:

- Jest pan impulsywny, niepewny siebie. Za bardzo polega pan na opinii innych ludzi, szczególnie przy podejmowaniu decyzji i nie wie pan, czego tak naprawdę chce w życiu. Nie wyszedł pan z przeszłości, bo wydaje się panu, że wtedy wszystko było prostsze, ale to nieprawda. – Przerwała. – I boi się pan zmian, co oznacza, że zawsze jest pan o kilka kroków za własnym życiem.

- I wszystko to wyczytała pani z małych prostokątnych kawałków papieru z nadrukowanymi rysunkami mieczy i innych takich?

- Karty nie kłamią. Napije się pan herbaty?

- Zmieściła tutaj pani jeszcze czajnik? Kuchenkę?

- To miejsce jest większe, niż na to wygląda.

- Dziękuję za herbatę. Niech pani mówi dalej.

- Pana przeszłość i przyszłość spotkają się nagle, gwałtownie, w jednym momencie. Ale trudno powiedzieć, co z tego wyniknie. – Milczała przez chwilę. – Na pana miejscu byłabym ostrożna.

- Co pani ma na myśli?

Nie odpowiedziała. Myślami była gdzieś bardzo daleko. Theo zrozumiał, że to jest odpowiedni moment, by wyjść. Wygrzebał z kieszeni dwudziestkę.

- Dziękuję – powiedział. Nadal było mu zimno. Nie chciał wierzyć w to, co mówiła, ale wierzył. I bał się. Nie miał pojęcia czego, ale bał się jak cholera.

Tiffany odprowadziła go spojrzeniem swoich dziwacznych, nieco kocich oczu. Przez moment wyglądała tak, jak gdyby chciała pobiec za nim.

 

Wydawało mu się, że czeka całą wieczność, ale w końcu ktoś się zatrzymał –przysadzisty facet, który żuł gumę, podrygiwał nerwowo kolanem i woził na przednim siedzeniu pomięte torby z McDonald’s. W radiu grały piosenki country and western. Theo zapytał go, skąd jedzie.

- Z Tupelo. Mississipi. Był pan tam kiedyś? Ciągle zjeżdżają się tam ludzie, których jedyne, co interesuje, co Elvis. Jak gdyby jeden jedyny Elvis grał jakąś wartościową muzykę w tym kraju, wie pan? Oczywiście on jest Królem i gdzieżbym odmawiał mu wielkości. Ale na świecie są też inni muzycy, na przykład Willie Nelson...

Theo przestał słuchać. Myślał o Tupelo i o tym, co powiedziała mu Tiffany: przeszłość i przyszłość spotkają się nagle, gwałtownie, w jednym momencie. Jakie było prawdopodobieństwo, że kierowca, który weźmie go na stopa, będzie jechał właśnie stamtąd? Jeden do ilu? To jakieś szaleństwo. Równie dobrze mógł myśleć dzisiaj o jakimkolwiek innym miejscu, na przykład Pieprzonym Nigdzie W Samym Środku Cholernego Tennessee, nie miało to znaczenia. Próbował się skupić na muzyce z radia. Lęk obmywał go potężnymi falami, jak gdyby stał na brzegu oceanu.

Zaczął padać deszcz, krople bębniły o dach i szyby, tap-tap-tap. Facet za kierownicą nie chciał się zamknąć, mówił teraz coś o swoim rozwodzie i o tym, jak wyrzucono go z pracy, Theo miał ochotę wsadzić mu skarpetkę do ust, żeby zmusić go do milczenia, nie chciał słuchać wyliczanki czyichś życiowych porażek. Patrzył przez okno, wszystko rozmywało się w obiecujące plamy i wyglądało na coś, czym nie było. Zapragnął nagle pobiec za światem, dogonić go, bo miał wrażenie, że nieustannie na coś się spóźnia, że ciągle zostaje z tyłu.

- Theo. Theo.

Światło słoneczne go raziło; odwrócił się, zasłaniając oczy dłonią.

- Chcesz iść coś zjeść?

Stała przed nim, opalone, silne nogi w białych szortach, głos jak nadejście wiosny. To dziwne, ale niczego więcej nie pamiętał, prócz tego, że miała na imię Hope.

- Pewnie. Jasne. Chodźmy na burgera.

Wspomnienie o Hope było czyste i ciepłe, bardziej niż weekend w Tupelo, ciche jak trawa poruszana wiatrem. Szarpnęło go za serce mocno i boleśnie, a nawet jej nie kochał. Po prostu była kiedyś w jego życiu. Nie wiedział, dlaczego jego umysł odnalazł ją teraz w pamięci, tak samo, jak nie wiedział, dlaczego wtedy na imprezie uparcie wracał myślami do Tupelo. Wszystko było jednocześnie dalekie i bliskie, jak gdyby stało się wczoraj i tysiąc lat temu. Są wspomnienia, które bolą mimo tego, że nic tak naprawdę się nie wydarzyło.

Słyszał teraz głównie swoje imię, wypowiadane głosami różnych ludzi. Wspomnienia były coraz bardziej natarczywe i zastanawiał się, co się do cholery dzieje. Kierowca coś mówił, jezdnia lśniła w deszczu jak najpiękniejszy klejnot, a Theo czuł się jak wybraniec losu, jak gdyby pędził na spotkanie czegoś pięknego i wspaniałego, do zupełnie nowego, nieznanego świata i dlatego właśnie nie zauważył, jak ciężarówka jadąca z naprzeciwka uderzyła w nich z ogromną siłą, był wtedy myślami zupełnie gdzie indziej.

 

***

 

 

 

 

 

 

 

 

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ

MEDIUM