Moją pierwszą reakcją na wieść o śmierci ojca była ulga.

Pomyślałem, że spoko, pojadę do Little Star na pogrzeb i dzięki temu wreszcie trochę odpocznę od swojego cholernego życia. Rzecz jasna, wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że dzięki tej decyzji właduję się w straszne gówno. Ale gdybym wiedział, że się przewrócę, to bym usiadł, nie?

Odłożyłem list na stół. Rzecz jasna, w takich sytuacjach możliwość odpoczynku od życia nie powinna być pierwszą rzeczą, która przychodzi ci na myśl. Nie wtedy, gdy dowiadujesz się, że zmarł twój ojciec, którego nie widziałeś od wielu lat i teraz masz jechać do zabitej dechami dziury na Południu, żeby się z nim odpowiednio pożegnać. Skoro nie starczyło ci już przyzwoitości, żeby go przez ten czas przynajmniej odwiedzić.

Miałem ochotę zapalić papierosa. Niech to wszyscy diabli.

Od dawna próbowałem rzucić palenie, na ogół z marnym skutkiem. Teraz właśnie nadszedł jeden z tych momentów, gdy po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że się nie powstrzymam. Potrzebowałem tego. Potrzebowałem nie tyle trucizny w płucach, ile rytuału związanego z zapalaniem fajek, utrzymaniem ich w palcach pomimo drżenia rąk, powolnym wypuszczaniem dymu z ust i obserwowaniem, jak tworzy w powietrzu różne kształty, zanim się rozwieje. Taki rytuał pozwalał czymś się zająć, odwrócić na chwilę uwagę od kołowrotu obsesyjnych myśli.

Ponieważ nie miałem w domu żadnych papierosów, przez chwilę grzebałem w szufladzie komody w poszukiwaniu karty, na której rejestrowało się punkty pozwalające nabywać towary reglamentowane przez rząd – takie jak alkohol czy papierosy właśnie. Nie miałem pojęcia, ile dokładnie punktów znajduje się na moim koncie, ale to nie było istotne. Wcisnąłem małą kwadratową kartę do kieszeni spodni, włożyłem buty i wyszedłem.

Na zewnątrz było duszno, lepkie powietrze wciskało się do płuc, zmuszając je do jeszcze cięższej pracy niż zwykle. Przystanąłem na chwilę na chodniku. Nie potrafiłem się zdecydować, w którą stronę pójść. Przypatrywałem się w zamyśleniu mijającym mnie przechodniom i samochodom. Od czasu do czasu obok mojej głowy przelatywały policyjne drony. Nienawidziłem tych małych, latających gówien. Ich bzyczący dźwięk doprowadzał mnie do szału, jak zepsuta jarzeniówka, migocząca idiotycznie pod sufitem na korytarzu szpitala albo urzędu.

Na dole kamienicy znajdował się sklep spożywczy, w którym dawniej wybijano szybę średnio raz na tydzień. Początkowo za każdym razem wzywano mnie, pewnie dlatego, że byłem najbliżej. Wystarczyło zejść trzy piętra po schodach i już mieli glinę na miejscu. Jednak za którymś razem właściciel sklepu po prostu dał sobie spokój ze zgłaszaniem i zakleił wybitą szybę kartonem. Wówczas włamania ustały.

Wymieniłem punkty na pięć paczek papierosów. Kupiłem też dwie butelki wina. Miałem poczucie, że muszę mieć pod ręką wszystko, co pomoże mi przetrwać. Stałem przed półkami z alkoholem przez całą wieczność, próbując stłumić narastające uczucie paniki, jak gdyby od tego, co wybiorę, miało zależeć czyjeś życie. Rzadko kupowałem wino, ale wiedziałem, że w tej sytuacji potrzebne mi będzie coś trochę mocniejszego niż piwo. Piwo pije się dla relaksu po ciężkim dniu. Wino – najlepiej w ilościach hurtowych – pije się wtedy, gdy twoje życie zaczyna się walić. Okej, to się zgadzało. Pije się je także wtedy, gdy chcesz znaleźć odpowiedzi na jakieś pytania. Jednak miałem przeczucie, że na dnie butelki raczej tych odpowiedzi nie znajdę.

Chłód i półmrok panujące wewnątrz sklepu przynosiły ulgę. Moja skóra przypominała papier ścierny.

– Coś jeszcze? – zapytał ponuro sprzedawca, pakując moje sprawunki do brązowej papierowej torby. Jego twarz była szarawa i zarośnięta, wyglądał, jakby nie spał od tygodnia. Witamy w klubie, pomyślałem.

– Nie, dzięki. – Zacisnąłem palce na uchwytach torby. – Miłego wieczoru – dodałem.

Sprzedawca prychnął pogardliwie, jak gdybym powiedział coś skrajnie idiotycznego. Patrzył na mnie spode łba. Nagle zdałem sobie sprawę, że nigdy przedtem go nie widziałem. Mógł zostać niedawno zatrudniony, a mimo to sprawiał wrażenie, jak gdyby siedział w tym sklepie od czasów paleolitu. Zwalczyłem w sobie chęć, żeby sprawdzić, czy nie jest przytwierdzony na stałe do podłogi i porośnięty pajęczynami.

To miasto. To ono w ten sposób działało na ludzi. Każdy był obcym, wrogiem.

Wróciłem do mieszkania. W jego przeraźliwej ciszy słyszałem jedynie bicie własnego serca, powolne i pełne wysiłku, jak gdyby niechętne. Zamknąłem drzwi na zamek i kopnięciem zrzuciłem buty. Usiadłem przy stole, położyłem na nim torbę z zakupami i wpatrzyłem się w ścianę. W głowie mi dudniło, oczy piekły.

Myslałem o dniu, w którym widziałem się z ojcem po raz ostatni. Pamiętałem go tak dobrze, jak gdyby to było wczoraj. Stałem wtedy w salonie, najeżony jak gotowy do ataku wściekły pies, a stojący naprzeciw mnie tato wyglądał na sfrustrowanego. Przejechał dłonią po twarzy, próbując zachować spokój.

– Czyś ty kompletnie oszalał? Chcesz jechać sam do N-City? Co będziesz robił? Z czego się utrzymasz?

– Poradzę sobie.

– Victor, bądź rozsądny.

– Wszystko jest lepsze niż ta cholerna dziura. Nie będę tu tkwił do końca życia.

– Zastanów się. Skończy się tak, że wylądujesz na ulicy.

– Lepsza ulica gdziekolwiek niż dom w Little Star.

– Chyba nie mówisz poważnie!

– Owszem, mówię!

– Victor… dopiero co straciłem twoją matkę. Nie mogę stracić też ciebie.

I wtedy powiedziałem coś, czego prawdopodobnie będę żałował do końca życia.

– To twoja wina, że ją zabrali. Nic nie zrobiłeś. Oddałeś im ją bez walki.

Odwróciłem się, zarzuciłem torbę na ramię i wyszedłem, trzasnąwszy drzwiami.

Wiem, że w końcu wybaczył mi te okropne, brutalne słowa. Wiem, bo jakiś czas później dostałem od niego list. Ja sam jednak nigdy nie zdołałem do końca wybaczyć ani sobie, ani jemu.

Przeczytałem list od ojca tyle razy, że w końcu nauczyłem się go niemal na pamięć. Złożony w ośmioro i pomięty, wylądował w moim portfelu i wszędzie go ze sobą nosiłem. Od czasu do czasu wyjmowałem go i czytałem ponownie. Napisał do mnie kilka lat po tym, jak opuściłem Little Star. Kartka była zwyczajna, wyrwana z notatnika w kratkę, czarne litery równe i wyraziste, stawiane energicznymi pociągnięciami pióra.

 

Victor,

 

próbowałem cię odszukać, żeby się dowiedzieć, czy w ogóle żyjesz. Dostałem Twój adres od Jima – mam nadzieję, że nie masz mu za złe, że mi go dał. Cieszę się, że utrzymujesz z nim kontakt.

Wiem, że winisz mnie za to, że zabrali Jules i wcale Ci się nie dziwię. Sam też siebie za to obwiniam i wciąż rozmyślam, czy mogłem temu zapobiec. Jeszcze nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie i nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę.

Jestem pewien, że świetnie sobie radzisz. Słyszałem, że dostałeś się do akademii policyjnej. Gratuluję. Policjant to dobry zawód, chociaż niebezpieczny. Jednak Ty nigdy nie bałeś się wyzwań. W końcu jesteś synem swojej matki. Masz w sobie jej siłę i odwagę. Jules byłaby z Ciebie dumna. Ja też jestem z Ciebie dumny. Zawsze byłem, chociaż nie mówiłem Ci tego zbyt często. Pewnie to był błąd.

Odezwij się czasem, synu, żebym wiedział, że wszystko u Ciebie w porządku. Chociaż i tak zawsze będę się o Ciebie martwił, bo jesteś moim dzieckiem, a rodzice nigdy nie przestają martwić się o swoje dzieci.

 

Ten list sprawił, że najpierw poczułem się jak ostatnia świnia, a potem zalała mnie fala ulgi. Aż do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki ciężar dźwigałem przez cały ten czas. Wiele razy próbowałem napisać do ojca o wszystkim, co mi leżało na sercu, ale właściwe słowa nie chciały się układać na papierze. Z listami do Jamesa, mojego najlepszego przyjaciela, który nadal mieszkał w Little Star i pracował jako lekarz, nie miałem tego problemu.

Ojciec dotrzymał obietnicy i pisywał do mnie regularnie, chociaż nigdy nie odpowiadałem. Zbierałem listy od niego do pudełka po butach, które trzymałem na półce w szafie. Obok stało drugie pudełko z listami od Jamesa. Moja jedyna forma kontaktu z domem.

Myślałby kto, że istnieje coś takiego jak poczta mailowa. Po ojcu nawet się nie spodziewałem, że będzie z niej korzystał, ale James to zupełnie inna bajka. Chyba można powiedzieć, że był starej daty, w każdym razie też wolał tradycyjną pocztę. O ile listy od mojego ojca były zwięzłe i jak gdyby trochę niepewne, o tyle mój najlepszy przyjaciel pisywał długie wywody, pełne przemyśleń na wszystkie możliwe tematy. Uwielbiałem czytać jego listy. Czułem się wtedy prawie tak, jak gdyby był obok.

A teraz, po dwudziestu jeden latach od naszego ostatniego spotkania twarzą w twarz, znów się do mnie odezwał.

Tym razem list był krótki, napisany w tonie współczująco–życzliwym, tak bardzo typowym dla Jamesa. Pisał, że mój ojciec zmarł trzy dni wcześniej. Pytał, czy chciałbym przyjechać do rodzinnego miasteczka i się z nim pożegnać. Dodawał też, że sam bardzo chętnie by się ze mną zobaczył. Zakończył dość enigmatycznym dopiskiem: W Little Star sporo się zmieniło. Mamy pewien problem i miałem nadzieję, że ze względu na swoje doświadczenie w pracy będziesz mógł nam pomóc. Nie dzwoń, pogadamy, kiedy przyjedziesz.

List przyszedł w dobrym momencie. Moje życie było pierdoloną stertą gruzu i nie miałem żadnego pomysłu, co robić dalej. James zawsze miał niezłe wyczucie czasu.

Ostatnio spędzałem czas, kuląc się w pozycji embrionalnej i wyjąc jak zwierzę. To właśnie robiłem przez wiele wieczorów, gdy rzeczywistość miażdżyła mnie swoim ciężarem, a chlanie przestawało przynosić ulgę. Kładłem się wtedy w ubraniu na łóżku, w objęciach trzymając ulubioną kurtkę pilotkę z brązowej skóry i płakałem jak głupi.

Dzięki Bogu, czy ktokolwiek tam siedzi w górze, nikt mnie nie widział. Miałem wrażenie, że coś się we mnie rozsypało. Nie byłem w stanie utrzymać w sobie tych wszystkich emocji, których nagle zacząłem doświadczać. Zalały mnie wielką, bezlitosną falą, nie dając mi żadnych szans.

Płakałem zatem, a gdy się zmęczyłem, zasypiałem. Budził mnie ostry, przenikliwy ból w okolicach mostka. Kilka razy zapomniałem, jak się oddycha. Tonąłem. Ktoś chwycił mnie za serce i próbował je wyrwać bez znieczulenia.

Tak właśnie czuje się człowiek, którego zostawiła żona. Tę kurtkę, którą teraz do siebie przytulałem jak ktoś niespełna rozumu, dostałem od niej.

Nie dziwię się, że mnie zostawiła. Sam też bym siebie zostawił. Monica i tak dość długo wytrzymała. Z czasem zrozumiałem, że odeszła z mojej winy. Jednak wtedy uderzyło mnie to dosyć niespodziewanie i kurewsko mocno, jak gdybym dostał w twarz cegłą.

– Victor, do diabła. My po prostu nie możemy być razem – powiedziała.

– Nie mam ochoty być z facetem, dla którego praktycznie nie istnieję – powiedziała.

Nie odzywałem się i to ją chyba trochę ubodło. Patrzyła na mnie zimno. Zdałem sobie sprawę, że w pewnym momencie staliśmy się dla siebie zupełnie obcymi ludźmi.

– Mógłbyś chociaż udawać, że się przejmujesz – powiedziała. – Ty w ogóle przejmujesz się czymkolwiek? Swoją cholerną pracą? Bo mną na pewno nie. Masz mnie w dupie. No więc ja też mam cię w dupie. Odchodzę i nawet nie próbuj mnie zatrzymać.

Nie próbowałem. Kiedy zatrzasnęły się za nią drzwi, zwinąłem się z bólu jak człowiek znienacka trafiony z całej siły w splot słoneczny.

Mój brak reakcji zapewne ostatecznie potwierdzał jej przekonanie, że nie mam żadnych uczuć i mi na niej w ogóle nie zależy. Prawda była inna. Jej odejście było dla mnie takim szokiem, że nie byłem w stanie oddychać, jakbym zaliczył solidny cios pięścią w żołądek. W mojej głowie ziała lodowata pustka.

Nie zostało mi po niej zbyt wiele prócz kilku wspólnych zdjęć, książek i kurtki, którą uwielbiałem. Kupiła mi ją na samym początku naszego związku. Zanim ją poznałem, nie poświęcałem zbyt wielkiej uwagi kwestii ciuchów. Mój wygląd był mi zazwyczaj całkowicie obojętny, dopóki było mi ciepło i wygodnie. Dopiero ona przekonała mnie, że powinienem bardziej o siebie zadbać.

Wtedy była sobota i szliśmy przez miasto, objęci i rozchichotani jak para nastolatków. Nawet nie pamiętam, co nas tak bawiło, pamiętam tylko, że czułem się szczęśliwy. Monica zawsze sprawiała, że chciałem być najlepszą możliwą wersją samego siebie. Myślę, że na tym właśnie polega bycie z kimś, to znaczy z tą właściwą osobą – że przy niej chcesz być coraz lepszy, pod każdym względem. Przy Monice naprawdę wierzyłem, że jestem w stanie osiągnąć wszystko, co sobie wymarzę. Wierzyłem też – przynajmniej przez jakiś czas – że jestem lepszym człowiekiem niż sam o sobie myślałem.

W pewnym momencie pokazała mi wystawę sklepu, obok którego przechodziliśmy.

– Vic, popatrz. Świetnie by ci było w tej kurtce.

– Mam już przecież kurtkę.

– Jedną. Starą jak świat, i w dodatku całą w dziurach. A ta jest fajna. Zobacz, to prawdziwa skóra.

– Skąd wiesz, że prawdziwa?

– Chodź, to się przekonamy – zaproponowała Monica i po chwili już była w sklepie. Poszedłem za nią z wahaniem.

Poprosiła sprzedawcę, żeby zdjął kurtkę z wystawy i przekonała mnie, że powinienem ją przymierzyć. Pasowała idealnie. Gdy spojrzałem w lustro, patrzył na mnie stamtąd całkiem fajny gość – stanowczy i pewny siebie. Spodobał mi się. Mógłbym się z nim zaprzyjaźnić. Mógłbym nim być.

Monica wyjrzała mi zza pleców i też patrzyła z aprobatą na faceta w lustrze.

– Wyglądasz wspaniale – stwierdziła, a ja odwróciłem się i pocałowałem ją.

– To co, szybki numerek w przymierzalni? – zaproponowałem, a ona trzepnęła mnie w ramię i poszła zapłacić za kurtkę. Miała rację, to była prawdziwa skóra. Wciągnąłem w nozdrza jej zapach. Uwielbiałem zapach skórzanych rzeczy.

Od tamtej pory nosiłem tę kurtkę cały czas – Monica się śmiała, że gdybym mógł, nie zdejmowałbym jej nawet pod prysznicem. Czasem dla żartu nazywała mnie swoim pilotem. 

To były dobre czasy. Kiedyś. Na początku. Zanim wszystko spierdoliłem na amen, myślałem, leżąc z tą cholerną kurtką w ramionach.

Moja żona twierdziła, że przejmuję się jedynie pracą. Ironia polegała na tym, że w pracę też stopniowo przestawałem już wierzyć, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w Fogham Heights. A może nigdy tak naprawdę w nią nie wierzyłem.

– Dobra, Cresta, dość tego. Weź sobie wolne – powiedział mój przełożony, Frank Harvey, szef jednostki wywiadowczej w NCPD, do której należałem. Zawsze zwracał się do mnie po nazwisku, podobnie jak wszyscy inni. Oprócz Moniki.

– Szefie?

 – Weź wolne – powtórzył z naciskiem. – I tak masz dużo niewykorzystanego urlopu. Dobrze ci to zrobi.

- Chodzi o Fogham Heights? – spytałem.

- Niech cię głowa nie boli o Fogham Heights – zgasił mnie Frank. – Wiem, że chcesz się jakoś zrehabilitować za tamto, pokazać, że nadal jesteś dobrym gliną. Jesteś, Cresta, dla mnie to nie ulega wątpliwości. Śledztwo wewnętrzne nie zdołało nic wykazać i bardzo mnie to cieszy, te gnojki potrafią się przypieprzyć nawet do źle wypełnionego formularza, psiakrew.

Frank miał na pieńku z Wydziałem Spraw Wewnętrznych. Średnio raz na kwartał ktoś z naszej jednostki lądował u nich na dywaniku.

- Ale zrobiłeś się nerwowy, spóźniasz się, nie słuchasz, co się do ciebie mówi. Skaczesz ludziom do oczu. Zrób sobie, u diabła, przerwę.

- Sir. To jakiś nonsens. Pracuję tak samo dobrze, jak zawsze.

- Cresta, ten urlop nie ma charakteru karnego, tylko zdrowotny. Przechodzisz trudny okres i wszyscy o tym wiemy. Jesteś przemęczony, a więc zdekoncentrowany i nieuważny. Stanowisz zagrożenie dla innych. Nie pokazuj mi się na oczy, zanim nie dojdziesz do siebie. Potem zobaczymy, co zrobić dalej.

Dojść do siebie. Dobre sobie.

Sprawa Fogham Heights cholernie gryzła mnie w dupę. Mijały tygodnie, potem miesiące, a ja nadal nie potrafiłem się z tego otrząsnąć, chociaż wszyscy wokół zapewniali, że to nie była moja wina.

Tamtego dnia niebo miało kolor wyrzuconej na brzeg zdechłej ryby. Wiał ostry wiatr, lodowaty chłód przenikał mnie do szpiku kości. Owinąłem się szczelniej kurtką, ale nic to nie dało. Żeby się trochę rozgrzać, kupiłem kawę na ulicznym stoisku, ale zanim zdążyłem donieść ją do samochodu, była już zimna. Popijałem ją z papierowego kubka, patrzyłem przez okno i myślałem o tym, jak bardzo nienawidzę tego miasta.

Mój partner Brett O’Malley, rumiany bostończyk o okrągłej twarzy i rudoblond włosach, które podobnie jak nazwisko wskazywały na jego szkocko-irlandzkie korzenie, siedział obok i jak zwykle gadał jak najęty. W pewnym momencie zacząłem na serio rozważać ściągnięcie skarpetki, zwinięcie jej w kulkę i wepchnięcie mu do gardła.

- ...no i przyniosła mi zamówienie, a potem do mnie mrugnęła. Przysięgam, że to zrobiła, nie przywidziało mi się. Rude włosy do ramion, okrągły tyłek – westchnął z rozmarzeniem. – Wiesz, jak ja lubię rude. Mają temperament, kiedyś jedna taka mało mnie nie wykończyła, ledwie dałem radę tamtej nocy pomiędzy kolejnymi razami, aż musiałem...

- Jezu, Brett. Nie chcę słuchać o twoich podbojach.

- Ej, zaliczanie dobrze robi. Jesteś żonaty, powinieneś już o tym wiedzieć.

- Jeśli nie przestaniesz gadać o zaliczaniu, wepchnę ci kajdanki w dupę. Chociaż nie, jeszcze ci się spodoba.

Zatrzeszczała krótkofalówka.

- 2-A-16, centrala, jesteście tam? Odbiór.

- Centrala, 2-A-16, oficerowie Cresta, O’Malley, odbiór – powiedziałem.

- Dostaliśmy zgłoszenie, wtargnięcie na teren prywatny, uzbrojony napastnik płci męskiej, możliwe włamanie z użyciem broni palnej, Fogham Heights, Creek Avenue 44.

- Centrala, przyjąłem, A-16 w drodze – odparłem i zapuściłem silnik.

Fogham Heights było na ogół dość spokojną dzielnicą – domki jednorodzinne, ładnie przystrzyżone trawniki, jedna z tych części miasta, gdzie nigdy nic się nie działo. Aż do teraz.

- Ciekawe, czy dostaniemy wsparcie – odezwał się Brett.

- Może nie będzie potrzebne.

- Mam nadzieję. Nie chciałbym, żeby ktoś odstrzelił mi dupę.

- Mógłby ci odstrzelić język – odparłem.

- Jesteś zajebiście zabawny, Cresta. Umieram ze śmiechu.

- Zawsze do usług.

Gdy zjawiliśmy się na miejscu, na ulicy było pusto i cicho. Mimo to, gdy zaparkowaliśmy pod wskazanym adresem, wysiedliśmy z bronią gotową do strzału. Zanim zdołaliśmy zbliżyć się do drzwi frontowych, z domu wyszedł mężczyzna w narzuconym na ramiona długim płaszczu. Trzymał pod nim ręce. Na jego twarzy malowała się mieszanka rozpaczy i determinacji.

- Sir! Proszę pokazać ręce! – krzyknąłem.

- To ja dzwoniłem – oznajmił mężczyzna w płaszczu nieobecnym głosem. – Wiedziałem, że przyjedziecie.

- Proszę się nie zbliżać i pokazać ręce albo będziemy strzelać!

Mężczyzna uśmiechnął się i w tym momencie zrozumiałem, że to wszystko nie skończy się dobrze.

- Powiedzcie Steph, że ją kocham. Zawsze ją kochałem – powiedział z rozmarzeniem. – A wy dobrze robicie swoją robotę.

- Proszę się nie zbliżać!

Wyciągnął spod płaszcza broń i wycelował w Bretta, który stał bliżej niego. Oddałem dwa strzały w jego klatkę piersiową. Runął na ziemię. Cały czas trzymając broń w gotowości, wyszarpnąłem krótkofalówkę zza paska.

- Centrala, tu A-16, wsparcie potrzebne na Fogham Heights, Creek Avenue 44! – krzyknąłem. – Przyślijcie ambulans, podejrzany ranny, oddano dwa strzały, odbiór!

- A-16, tu centrala, odbiór – zatrzeszczało. – Wsparcie w drodze.

Brett podbiegł do mężczyzny, leżącego na chodniku twarzą w dół. Pod nim tworzyła się ciemna kałuża, broń wypadła mu z ręki. Brett ukucnął i podniósł ją z ziemi.

- Półautomatyczna trzystaosiemdziesiątka – powiedział. – Odbezpieczona, ale nie naładowana.

Wstał i spojrzał na mnie, ciągle trzymając broń w ręku.

- Wygląda to na samobójstwo. Z ręki gliniarza.

- Boże – wymamrotałem. – Kurwa mać.

- Mogłem zginąć. Nie wiedzieliśmy, że nie jest naładowany. W tej robocie tak jest, Cresta. Nie dręcz się tym.

Spojrzał w dal, gdzieś ponad dachy domów i dodał bardzo cicho:

- Nie chciałbym, żeby był tu ze mną ktokolwiek inny.

Zostałem zawieszony w obowiązkach służbowych na czas wyjaśnienia sytuacji w Wydziale Spraw Wewnętrznych. Jego szefem był Paul Croach, którego za plecami nazywaliśmy Karaluchem. Podejrzewam, że o tym wiedział i dlatego lubił się na wszystkich wyżywać. Był wysoki, chudy i miał długą szyję. Nosił okulary w drucianych oprawkach i czasem powłóczył nogami. Przypatrywał mi się zza swojego wielkiego biurka, jakbym był kłaczkiem wyrzyganym przez kota na dywan.

- Jako departament policji jesteśmy nieustannie na celowniku – zrzędził. – Takie rzeczy tylko dolewają oliwy do ognia. Słucha mnie pan?

- Tak, proszę pana – odparłem.

- Te hieny z mediów tylko patrzą, którędy się do nas przyczepić. Za każdym razem, gdy usłyszą o strzelaninie z udziałem policji, sikają z radości. Strzelamy do kogoś, źle. Nie strzelamy, też źle, bo znowu jakiś diler się wywinął i co właściwie robimy za pieniądze podatników. Słucha mnie pan?

Milczałem.

- Oficerze Cresta?

- Staram się nie czytać gazet – odparłem.

Paul Croach westchnął ponuro. Miałem ochotę wziąć leżący na stole długopis i wcisnąć mu w oko. Biurokratyczny kutas.

- Harvey i jego gang – burknął. – jesteście prawdziwymi wrzodami na tyłku.

- Wykonujemy tylko swoją pracę, proszę pana – odparłem.

- Taaa, wszyscy jesteście aniołkami. Jutro o ósmej rano niech się pan zgłosi na symulację wydarzeń w Fogham Heights. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zastosować postępowania dyscyplinarnego. Słucha mnie pan?

Wyszedłem z gabinetu, powstrzymując chęć, by z całej siły trzasnąć drzwiami.

Śledztwo nie wykazało żadnych nieprawidłowości, tak jak powiedział Frank. Mogłem się założyć, że między nim a Croachem trwała jakaś wojna nerwów, ale szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to.

Facet, którego zastrzeliłem w Fogham Heights, nazywał się Richard Bingham. Już wcześniej miał problemy z prawem. Kilkakrotnie wzywano do niego policję za zakłócanie porządku i przemoc domową – lubił przyłożyć swojej żonie po pijaku. Po którejś takiej sytuacji z rzędu jego żona w końcu się wyprowadziła i złożyła pozew o rozwód. Tamtego dnia poszedł błagać ją o jeszcze jedną szansę. Gdy odmówiła, Bingham postanowił odebrać sobie życie. Był głęboko wierzący; najwyraźniej uważał, że śmierć z rąk policjantów zmyje z niego piętno grzechu.

Bretta i mnie skierowano do policyjnego psychologa, całkiem fajnej babeczki o imieniu Karen. Była w porządku, ale nie mogła nic poradzić na poczucie winy, które drążyło mnie jak złośliwy robak. W snach widziałem twarz Binghama, jak się uśmiechnął na chwilę przed wycelowaniem broni w Bretta. Miałem koszmary, że Brett umiera, a ja stoję jak sparaliżowany i nie mogę mu pomóc, albo że Bingham zabija nas obu. Nie rozmawiałem o tym z nikim prócz Karen, ale gdy siedziałem w jej gabinecie, moje myśli odpływały gdzieś daleko i nawet nie słyszałem, co do mnie mówi. Tak samo było wieczorami, gdy Monica próbowała ze mną rozmawiać. Siedziałem całymi godzinami przed telewizorem i w ogóle nie docierały do mnie ani jej słowa, ani to, co działo się na ekranie.

Kiedy wszystkimi siłami próbujesz zaczerpnąć tchu i po prostu przeżyć kolejne pięć minut, a potem następne i następne – to dobra strategia, żeby przetrwać chwile, w których wydaje ci się, że ktoś przywalił ci klatkę piersiową toną cegieł – nie myślisz o tym, co będzie kiedyś. Nie istnieje coś takiego jak nadzieja. Istnieje tylko pięć minut, w trakcie których na nowo uczysz się żyć. Dlatego list od Jamesa był wybawieniem. Dosłownie. Cofnął mnie znad przepaści. Po raz pierwszy od wielu lat pomyślałem, żeby wrócić do domu.

Świat bardzo się zmienił, odkąd ostatni raz byłem w Little Star. Zawsze trochę idealizujemy przeszłość, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że czasy naprawdę zmieniły się na gorsze. Wszędzie wszystkiego brakowało – wody, jedzenia, środków czystości, ubrań, papierosów, piwa. Dosłownie wszystkiego, a najbardziej benzyny. Benzyna była racjonowana, tak samo jak wszystko pozostałe, ale napędzanych nią samochodów i tak używali już tylko ci, których nie było stać na nic lepszego. Ci, których było stać, jeździli samochodami napędzanymi paliwem wodorowym albo energią słoneczną. Chociaż w zasadzie należałem raczej do pierwszych niż drugich, miałem porządny samochód, kupiony z drugiej ręki – pomarańczowego jeepa rubicona z zainstalowanymi panelami słonecznymi, który jeździł jak złoto. Słońce było jedynym dobrem, którego mieliśmy pod dostatkiem; sojusznik, który w każdej chwili mógł obrócić się przeciwko nam, gotowe nas unicestwić bóstwo.

List od najlepszego przyjaciela zakończył ten dziwny czas w moim życiu, który trochę za bardzo przypominał sen – wszystko wokół trwało w zawieszeniu, rzeczy działy się dużo wolniej, a rzeczywistość miała większą gęstość niż zazwyczaj. Gdy oprzytomniałem, a rozpacz przestała targać moimi wnętrznościami, wpadłem we wściekłość. Przez kilka wieczorów z rzędu szedłem do knajpy, zalewałem się w trupa, a potem demolowałem wszystko, co byłem w stanie zdemolować. Wybiłem kilka szyb, przylutowałem paru kolesiom, którzy krzywo na mnie patrzyli. Myślałem, że przyniesie mi to ulgę, ale nie przyniosło.

Później przyszło odrętwienie. Byłem jak wydrążona skorupa. Miałem gdzieś pracę, byłą żonę, całe to pierdolone miasto i pierdolony kraj. Miałem gdzieś, co się ze mną stanie. Niewiele zostało na świecie rzeczy, których nie miałem gdzieś. Frank Harvey miał rację, przestałem być sobą.

Często myślałem o Richardzie Binghamie i kierujących nim motywach. Biedny sukinsyn musiał być naprawdę zdesperowany i teraz już rozumiałem, dlaczego, ale w żaden sposób nie zmieniało to faktu, że nadal byłem wściekły. Posłużył się mną jak narzędziem do zrealizowania swoich chorych fantazji. Jeśli naprawdę chciał popełnić samobójstwo, nie musiał wciągać w to innych. Mógł po prostu powiesić się na pasku w łazience. Do diabła z nim i jego urojeniami na temat grzechu i życia wiecznego.

Gdy postanowiłem wyruszyć do Little Star, osobiście zrobiłem gruntowny przegląd Dyni – mojego ukochanego jeepa rubicona – i zapakowałem do bagażnika część swojego dobytku, którego najważniejszy element stanowił spory zapas wody pitnej. Little Star znajdowało się tydzień drogi od N-City i trochę kiepsko byłoby umrzeć z pragnienia, nawet nie zdoławszy tam dotrzeć.

A potem wyruszyłem na Południe.

Wyjechałem z miasta o wschodzie słońca. Świt zawsze był moją ulubioną porą dnia. O świcie człowiek ma poczucie, że wszystko jest możliwe. Obserwujesz, jak słońce wyłania się zza horyzontu i odczuwasz głód. Świat jest młody.

Przez wiele lat codziennie wstawałem o szóstej rano – zaraz po przebudzeniu, regularnie jak w wojsku. Nauczyłem się tego jeszcze jako nastolatek, gdy zacząłem ćwiczyć boks i w związku z tym musiałem wstawać na poranne treningi. Tak się do tego przyzwyczaiłem, że zostało mi do dzisiaj. Lubiłem stawać przy oknie, bez pośpiechu pijąc kawę i patrząc na budzące się do życia miasto. Te kilka chwil dla siebie o poranku czasem było moim jedynym wytchnieniem w ciągu dnia.

Wyjeżdżanie z miasta o świcie miało też inną wielką zaletę – o tej porze nie było korków. Słońce odbijało się w szybach wieżowców, stwarzając wrażenie, że budynki płoną żywym ogniem na tle złotoróżowego nieba.  Śmignąłem przez opustoszałe jeszcze o tej porze centrum prosto na międzystanową, czując potężny dreszcz emocji. Zapomniałem już, jak bardzo lubię podróżować. W ostatnich latach nie miałem do tego zbyt wielu okazji.

Federacja Północna, zwana w lepszych czasach Stanami Zjednoczonymi, to taka ziemia jałowa – w większości składa się z pustych, kamienistych ugorów, porośniętych rzadką, suchą trawą. Ciężko się tutaj żyje. Dewastacja środowiska postępowała cicho i zdradziecko, aż dziesięć lat temu świat nawiedziła seria klęsk żywiołowych, wskutek której wyginęło niemal czterdzieści procent roślinności i zwierząt na ziemi, a ludzie zaczęli umierać z głodu, pragnienia i różnych chorób w niewiarygodnym tempie. Ci, którzy przeżyli, w większości ruszyli wielką falą na północ, w nadziei na lepsze życie.

Niedługo potem na świecie wybuchła brutalna wojna o resztki zasobów żywności i wody. To właśnie wtedy prezydent podpisał dekret, na mocy którego Stany Zjednoczone przekształciły się w państwo militarystyczne o nazwie Federacja Północna ze stolicą w North City, zwanym w skrócie N-City. Dekret, zwany Dekretem Zero.

Władze szybko zmobilizowały armię i rozpoczęły ekspansję na tereny, na których jeszcze cokolwiek rosło i był dostęp do wody pitnej. Od tamtej chwili cały czas trwa wojna między Federacją Północną a resztą świata, powszechnie nazywana wojną o zasoby. Nie wygląda na to, żeby miała się szybko zakończyć.

Największy problem mamy z wodą. Dostęp do czystej, nadającej się do picia wody to dzisiaj wyjątkowy luksus. Zawsze nad tym rozmyślam, gdy zastanawiam się, czy danego dnia wziąć prysznic, czy nie. Zazwyczaj staram się oszczędzać wodę, na tyle, na ile jestem w stanie, ale wydaje mi się, że nie wszyscy zawracają sobie tym głowę. Ludzie najczęściej myślą, że jeśli akurat coś mają, będą to mieli zawsze. Tego rodzaju mentalność panuje w N-City. Zresztą chyba nie tylko tam. Dekret Zero zmienił wiele rzeczy, ale nie był w stanie zmienić ludzkiej natury.

Zapowiadał się niezły upał. Sięgnąłem do schowka i wyjąłem okulary przeciwsłoneczne. Na poboczu drogi stała odrapana tablica z napisem pełnym fałszywej serdeczności.

Opuszczasz granice N-City. Mamy nadzieję, że jeszcze do nas wrócisz!

– Walcie się – powiedziałem i wcisnąłem gaz do dechy, a wiatr wywiał mi z głowy wszystkie myśli o przeszłości.

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ

Rozdział 1

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ